Kazanie na pogrzebie o. Eligiusza Zapały (10.11.2010)

Ekscelencjo, Najdostojniejszy Księże Biskupie Marianie,
Przewielebny Ojcze Prowincjale obecny z całym Zarządem Prowincji, Czcigodni i Drodzy Współbracia w świętym naszym Ojcu Franciszku i w Chrystusowym kapłaństwie,

Czcigodne Siostry zakonne Pasjonistki
w jakiś sposób związane od dłuższego czasu z naszą wspólnotą warszawską,
Droga Rodzino zmarłego Ojca Eligiusza – wybaczcie, że nie jestem w stanie wymienić po nazwisku każdego,
i wy wszyscy Bracia i Siostry, którzy dzisiaj jesteście z nami
i towarzyszycie nam w bólu i smutku.
Ernest Hemingway we wstępie swojej książki „Komu bije dzwon” umieszcza bardzo wymowne słowa angielskiego poety: Żaden człowiek – pisze – nie jest samotną wyspą. Każdy stanowi ułamek kontynentu, część lądu. I jeżeli morze zmyje choćby grudkę ziemi, Europa będzie pomniejszona. Śmierć każdego człowieka – pisze dalej – umniejsza mnie. Bowiem jestem zespolony z ludzkością. Przeto nie pytaj nigdy, komu bije dzwon. Bije on na pewno tobie.

Drodzy uczestnicy pogrzebowych ceremonii! Jeszcze nie przebrzmiały w naszych sercach zaduszkowe dzwony cmentarne. Jeszcze nie odpłynęła zaduszkowa refleksja nad przemijaniem i śmiercią, gdy przystawaliśmy nad grobami naszych bliskich. Jeszcze może nie do końca zagoiły się rany żalu po ich odejściu, a my tutaj zebrani w tej zakonnej świątyni wokół stołu eucharystycznego rozpoczynamy jak gdyby od nowa te smutne refleksje nad śmiercią, nad przemijaniem. Powodem tych naszych w dalszym ciągu trwających żałobnych odczuć jest odejście do wieczności naszego współbrata w zakonie, a zarazem i bliskiego kolegi, z którym łączyła mnie od czternastu lat pasja prowadzenia misji ludowych: ojca Eligiusza Józefa Zapały. Przyznaję najmilsi, że gdy o. gwardian Sławomir przekazał w niedzielę rano tę wiadomość, byłem zszokowany, nie dowierzałem. Przez pewną chwilę myślałem, że to nie o niego chodzi. Spadło to na mnie, a myślę, że nie tylko na mnie, jak grom z jasnego nieba. Wszystkiego można było sie spodziewać, tylko nie tego. Wiadomość o jego śmierci spadła również zupełnie niespodziewanie na Prowincję. Umarł przecież tak nagle. I wtedy powoli zacząłem uświadamiać sobie tę oczywistą przecież prawdę wypisaną na ratuszowym zegarze w Lipsku: MORS CERTA HORA INCERTA – śmierć jest pewna, godzina tylko jej przyjścia niepewna. I z tym faktem, kochani moi, pogodzić się nam wszystkim trzeba, choć to takie trudne, wręcz bolesne. Ale przychodzi pragnienie, chęć, by spojrzeć raz jeszcze w metrykę jego życia, popatrzeć na przeżyte lata jego życia zakonnego i pracy duszpasterskiej, ażeby utrwalić w pamięci tego, którego dzisiaj polecamy Bożemu Miłosierdziu, za którego dzisiaj sie tutaj modlimy. Pozwólmy sobie zatem, po raz ostatni unieść wieko tej trumny i snuć pouczająca chwilę refleksji.

Jak zaznaczył to na początku o. Prowincjał, przyszedł na świat 23 września roku 1949 w Lubomierzu, w ówczesnym województwie nowosądeckim, w Archidiecezji Krakowskiej. Przyszedł jako syn Stefana i Marii. Przyszedł w rodzinie wielodzietnej. Wzrastał w zdrowej, polskiej rodzinie nacechowanej religijną atmosferą. Nic więc dziwnego, że słowa Chrystusowego wezwania Pójdź za mną usłyszał wyraźnie i jak się nieraz zwierzał, nie miał żadnych wątpliwości, że jego miejsce jest tutaj, w zakonie bernardynów, choć jego parafia rodzinna prowadzona była przez ojców franciszkanów konwentualnych. Habit zakonu braci mniejszych w nowicjacie włożył 10 września roku 1969 w Leżajsku, po czym rozpoczął mozolne studia filozoficzno – teologiczne w Krakowie i formację duchową w naszym Wyższym Seminarium Duchownym. W roku 1974 składa uroczystą profesję zakonną, poprzez którą wiąże się na całe życie z wybranym zakonem. A święcenia prezbiteratu przyjmuje 23 czerwca 1976 r. w bazylice kalwaryjskiej. W ten oto sposób stał się kapłanem, stał się sługą Chrystusa przez ponad 34 lata.

Jego życie zakonne i aktywność duszpasterska związane były z pobytem w niewielu klasztorach: w czterech. W leżajskim, gdzie niezwykle gorliwie i ofiarnie oddaje się pracy katechetycznej mając kilkadziesiąt, dobrze ponad trzydzieści godzin tygodniowo. O tym dość często wspominał. Dalej, w zakopiańskim, gdzie był gwardianem i proboszczem. Dalej przeniesiony zostaje do Piotrkowa Trybunalskiego, gdzie najpierw pełni funkcję zastępcy przełożonego a po jego śmierci zostaje gwardianem tejże wspólnoty, by po wygaśnięciu kadencji przyjść tu, do Warszawy, jak się okazało na ostatni już przystanek swojego ziemskiego życia. Krótki więc jest ten życiorys. Powiedziałbym, bez jakichś spektakularnych osiągnięć, wydarzeń, bez szczególnych dat. Ale, kochani moi, tego absolutnie nie wolno nam powiedzieć o jego życiu wewnętrznym, zakonnym, o jego duchowych osiągnięciach. I jeżeli liczba uczestników tego pogrzebu może świadczyć o osobowości zmarłego, to nasza ostatnia posługa składana dzisiaj o. Eligiuszowi poświadcza jedynie to, że zmarły był człowiekiem i kapłanem zarazem, ogromnie szanowanym i szalenie lubianym. A przecież odprowadzamy do zakonnego grobowca człowieka skromnego, cichego z natury, bez głośnego nazwiska, jakichś szczególnych osiągnięć, ale za to człowieka codziennej, szarej i ofiarnej pracy. Człowieka zwykłej ludzkiej życzliwości.

eligiusz2Konfesjonał, ambona, chorzy czy pogrzeby – nie trzeba było go specjalnie zachęcać, czy prosić. Bo obowiązki były dla niego czymś normalnym. Nie domagał się uznania i nie potrzebował przynagleń. Sam tego doświadczyłem jako jego przełożony w tym czerniakowskim klasztorze. Nie przypominam sobie, by mi kiedykolwiek odmówił wykonania zleconego obowiązku. Zresztą wielokrotnie sam o tym opowiadał, że kiedy wracał z pracy misyjnej, przecież nie z wypoczynku wracał, to zawsze natychmiast chętnie te obowiązki podejmował. Przez te lata jego posługi kapłańskiej, należałoby te obowiązki liczyć w setkach tysięcy. Ta ogromna praca i wysiłek zostawione tu, w tym kościele, wpisują sie w jego bogata historię.

Inną kartą jego niezwykle ofiarnej i sumiennej pracy, oprócz tych bieżących obowiązków klasztornych, były wygłaszane misje ludowe i rekolekcje. Był dobrym, wytrawnym kaznodzieją. Ja w tej chwili nie dysponuje ścisłymi danymi. Ale pamiętam, kiedy tak próbowaliśmy zsumować ilość przeprowadzonych misji i rekolekcji, to zamyka się ona mniej więcej w liczbie sześciuset. A do pełnej wiedzy dodam, że misje trwają osiem dni, rekolekcje cztery. I że każdego dnia głosi się po kilka kazań, nie licząc nabożeństw, modlitw, Mszy świętych, czy szafowania sakramentami świętymi. Łatwo więc się zorientować o ogromnym i niezwykle wyczerpującym przedsięwzięciu jakiego sie podejmował. Pamiętam, a godzi się tu wspomnieć i o tym, bo to jakoś rzuca światło na jego sylwetkę, jak dziesięć lat temu jego gorliwość w pracy misyjnej przystopowała choroba serca. Jak wiecie miał zakładane bajpasy, zastawkę. Jak on się wtedy denerwował, że ten powrót do pełnej sprawności się przedłuża. Jak on sie rwał do tej pracy. I pamiętam również z jaką radością, nie do końca jeszcze sprawny, przyjechał nam pomóc, a było to w Archidiecezji Lubelskiej, w dekanacie michowskim. Jaki potem czuł sie szczęśliwy, powiedziałbym spełniony po tej pierwszej po chorobie misyjnej pracy. A mimo wszystko, mimo tak ciężkiej pracy, powiedziałbym nawet, że harówki, jeszcze tydzień temu, pełen zapału zadzwonił do mnie chcąc uzgodnić terminy i miejsca pracy ewangelizacyjnej na nowy rok. Jak by sie obawiał, że go się w niej pominie.

Pracy nigdy nie unikał. Może nawet jej szukał, nawet tej, co brudzi ręce. Taki był. I dlatego przestaje dziwić, że to jego nagłe odejście zupełnie zrujnowało mi moją przyszłą, misyjną pracę.

Myślę jednak najmilsi, że dużo więcej można powiedzieć o jego charakterze, o jego usposobieniu. Ten charakter być może był melancholijny, bo dość powolny miał sposób wyrażania się, poruszania, brak było u niego gwałtownych i szybkich reakcji, ale to absolutnie nie przeczy bogactwu jego wewnętrznych przeżyć. Bardzo pogodne, powiedziałbym typowo franciszkańskie usposobienie, które nie pozwoliło mu, by ktoś do niego się zraził, a tym bardziej, by on komuś wyrządził przykrość. Był to człowiek – tak mi się wydaje – bezkonfliktowy. Potrafił w sposób nader delikatny zejść z drażliwego tematu, ażeby w sobie stłumić niezadowolenie, czy różnicę zdań. On chyba w ogóle nie miał ludzi niechętnych sobie, a wspomnienie o nieprzyjaciołach uchodziłoby w jego wypadku, w moim najgłębszym rozumieniu za dalece niestosowne. Zrównoważony, chętny do pomocy, nawet kosztem swojego zdrowia, sam tego wielokrotnie doświadczałem, dobry współuczestnik życia wspólnego. Ja myślę patrząc na niego, że on zawsze czuł się w swoim klasztorze, niezależnie gdzie był, a to takie ważne we wspólnotowym życiu zakonnym: Czuć się sobą, u siebie. To czasami takie trudne, a zarazem i nieodzowne. Nie ukrywam najmilsi że tej równowagi ducha. Tego dystansu do spraw i ludzi, tego czucia się u siebie nie raz mu zazdrościłem. Mówiłem mu o tym. A on jak zwykle w odpowiedzi uśmiechał się tylko. Bo to przecież płynęło jakoś z jego charakteru, z jego usposobienia.

Ja myślę najmilsi, że był człowiekiem bez osobistych potrzeb. Łatwy w kontaktach z drugimi, szczery i bezpośredni. Był wierny wobec swoich przyjaciół. Powiem więcej, na wiele im pozwalał. Był dla nich bardzo wyrozumiały. Ale umiał w jakiś szczególny sposób być również wspaniałomyślny względem niechętnych mu. Jeżeli więc mówię o moim bólu i żalu po stracie takiego współbrata, to wiąże się to również z jego niepowtarzalną osobowością. Osobowością człowieka zawsze głęboko wierzącego w Boga, a jednocześnie otwartego na ludzi innych poglądów, czy formacji. Pod jednym wszakże warunkiem: byleby to byli ludzie uczciwi, nie podstępni.

Drodzy moi! Miał kapitalne powiedzonka góralskie. Niektóre nie nadają się tu doi powtórzenia. Miał dobry humor, cięty dowcip, to wszystko sprawiało, że był duszą wspólnotowego życia w klasztorze. Jego pojawienie się na rekreacji gwarantowało humor i miłe spędzenie czasu, a w każdym bądź razie nie pozwalało być obojętnym. Szalenie lubiany w towarzystwie. Wybaczcie, można by te cechy mnożyć i zapewne każdy z was by coś dodał po kontakcie właśnie z nim. Ale nie byłby to pełny i prawdziwy obraz człowieka tak przedstawionego i tylko z taka cenzurką.

Jak każdy z nas, tak i on miał swoje słabości, przywary. Popełniał błędy i upadał. Nie raz zwracałem na to uwagę w czasie naszej wspólnej pracy. Miał tego pełna świadomość i wiedzę. Rozmawialiśmy nie raz o tym. I znając go, najmilsi, gdyby było mu to jeszcze dane, zapewne przed ta śmiercią tragiczną, błagałby nas o wybaczenie, o zapomnienie tychże upadków i na pewno prosiłby o modlitwę za niego do miłosiernego Boga. Bo sam zawsze chętnie wybaczał. Sam szybko zapominał doznane przykrości, sam dużo się modlił. I dlatego żegnając takiego współbrata, kolegę, kapłana, przestaje dziwić, że poprzez to odejście ta parafia, nasz zakon, a ośmielę się powiedzieć Polska, jest umniejszona. Że ta śmierć jest uszczerbkiem i dlatego ten dzwon bije smutnym akordem dla nas wszystkich.

Umiłowani w Chrystusie Panu, drodzy Bracia i Siostry! Pod koniec swojej ziemskiej pielgrzymki znany dobrze tutaj w Warszawie ks. Jan Twardowski – poeta, a więc człowiek, który miał szczególny dar podglądania życia, wypowiedział był bardzo ciekawe zdanie: Pamiętajcie, że Bóg jest zawsze uśmiechnięty. Szczęśliwi są zatem ci, którzy Bogu zaufali. A w Piśmie Świętym Starego Testamentu, w księdze Mądrości Syracha doczytamy i takie zdanie: Wychwalajmy mężów sławnych i ojców naszych, bo Pan stworzył wielka tę chwałę. Mądre słowa były w ich nauczaniu i stali się dumą swych czasów a imię ich żyje w pokoleniach. Nie pozostaje nam dzisiaj w tym szczególnym i nie ukrywajmy, smutnym dniu nic innego, jak dostosować się do tych wymownych słów księgi natchnionej.

Ojcze Eligiuszu, właściwie odczytana liturgia słowa podpowiada, że umarłeś z Chrystusem, więc żyć będziesz na wieki. A my oczekując na godzinę, której się nie domyślamy, odpowiadamy ci z serca: odpoczywaj w pokoju. Amen.

Kazanie o. definitora Kazimierza Kowalskiego wygłoszone na pogrzebie o. Eligiusza Józefa Zapały dnia 10 listopada 2010 r. w kościele oo. bernardynów w Warszawie 

(tekst nieautoryzowany, sporządzony na podstawie nagrania)